FOTOFEST2008 Meeting Place

fotofest08.jpg

Przed chwilą policzyłem ile trwała oficjalna część przeglądów portfolio w Houston: co najmniej osiemnaście godzin rozmów na temat prezentowanych portfolio… Tym razem nie nie jestem w stanie wrzucić na bloga listy osób z którymi się spotkałem, zamiast tego kilka refleksji.

Zaczynam się zastanawiać, czy styl pracy wytworzony przez tych fotografów, którzy w ostatnich dziesięcioleciach wprowadzili fotografię do muzeów i nadali im wartość na rynku sztuki, a więc praca w systemie projektów realizowanych w seriach wielkoformatowych zdjęć, nie jest czymś, co dla większości fotografujących może być ślepą uliczką. Problem w tym, że są to schematy które skopiowane w powierzchowny sposób owocują totalną pustką. Powracam tu znów do mojego - być może nieprofesjonalnego - pytania o autentyczność fotografii. W sztuce jest rzeczą przyjętą oczekiwać od artysty szczerej wypowiedzi, natomiast większość z prac, które miałem okazję obejrzeć, pozostają w jakimś totalnym dystansie do ich autorów, którzy za to już myślą o ilości edycji i cenie danej serii.

Przeglądy portfolio zawsze zbierają wokół siebie najróżniejsze osobowości, zarówno amatorów jak i profesjonalistów. Houston pod tym względem wiele się nie różni od innych tego typu wydarzeń, jednak zdarzają się tam rzeczy, które na starym kontynencie trudno sobie wyobrazić. Mam na myśli pewną panią w średnim wieku, która wraz z mężem od 25 lat fotografuje pingwiny i lodowce, a obecnie wydaje własnym sumptem kolejny przyrodniczy album, którego produkcja kosztować będzie - bagatelka - 2.500.000$. Album jest oprawiony w naturalną skórę i ręcznie zszywany. Jak się dowiedziałem sama skóra to ponad 300.000$. Powinienem był spytać, czy albumy są oprawiane w skórę zwierząt, które państwo fotografują, ale chyba byłem zbyt oszołomiony.

Z zasady piszę na blogu tylko o tym, co sam chciałbym zapamiętać, a z FotoFest zapamiętam na pewno zdjęcia pochodzącego z Belgii Vincenta Delbrouck, który przez ostatnie 7 lat odwiedzał z aparatem kilka kubańskich domów i ulic. Kiedy spytałem, dlaczego zdecydował się akurat na to miejsce, powiedział że nie o to chodzi co sprawiło, że tam pojechał, ale o to, że tam wrócił. Przypomina mi to historię powstania książki “Sabine” Jacoba Sobola i jeśli miałbym w kliku słowach scharakteryzować twórczość Vincenta byłoby to spotkanie Jacoba Sobola z Jimem Goldbergiem - oczywiście tylko w przenośni, bo zdjęcia Vincenta mają swoją własną osobowość.

Na cykl z Kuby składają się utrzymane w stylistyce snapshotu zdjęcia, reprodukcje polaroidów oraz prywatnego notesu. Całość zostanie niedługo wydana w formie książki, oraz jeśli nic nie stanie na przeszkodzie zaprezentowana w formie wystawy także w Galerii ZPAF i S-ka.

Vincent Delbrouck

Vincent Delbrouck, La Inmovilidad, www.vincentdelbrouck.be

Leave a Reply